rzecz o pewnej wróżbie

Powinnam wróżyć częściej, wtedy lepiej by mi to wychodziło. A tak rozkładam karty i widzę po kilka różnych interpretacji i znaczeń. Może najlepiej jest zebrać je wszystkie i stworzyć z nich wielowarstwowy obraz całościowy?

No więc tak, po pierwsze (tutaj jeszcze mam nawet pewną jasność) jestem teraz silna. Zakorzeniona i podparta. Zdrowa i tętniąca kwintesencją sił przyrody. Po drugie – już wkrótce albo zagubię właściwy kierunek działania albo odrzucę konwencjonalne, zgodne z honorem, prawdą i sprawiedliwością, metody. Tutaj już się rozjeżdżam na dwie wizje. Ale się zaplączę i pogubię, albo zdecyduję się działać niezgodnie z zasadami. Albo już w ten sposób działam. Natomiast trzeciej karty już prawie w ogóle nie rozumiem. Pochodnia, ogień, światło odbite, to jak postrzegają nas inni, oczyszczanie ogniem, drastyczne środki na wybrnięcie z mroków, wypalanie wrzodu płomieniem. A może… taaak, jak się to wszystko ubiera w słowa to zaczyna się rozjaśniać obraz powolutku. Jesteś silna, Żywio. Nie potrzebujesz zbaczać ze ścieżki prawości i uczciwości, bo wspiera Cię Matka Przyroda i jej siły. Idź z pochodnią w ręku przez mrok a wyjdziesz. Może potrzeba będzie wrzód wypalić ogniem, ale to przecież może Ci tylko pomóc.

Pytanie. Czy to, co pokazuje mi karta, to jest to, co mnie czeka nieuchronnie, czy to, czego mogę uniknąć, czy może to, czego powinnam unikać?

rzecz o zmęczeniu materiału

Od trzech tygodni działam na najwyższych obrotach. Praca ruszyła pełną parą, codziennie jest tysiąc rzeczy do załatwienia, a przecież obowiązków, które miałam wcześniej też nie mogę nagle zacząć zaniedbywać (ok, mogę. to się dzieje samoczynnie). Zaczynam odczuwać długoterminowe zmęczenie. Sen nie przynosi odpoczynku, podtrzymuję obroty raczej siłą woli niż mięśni, czuję rodzące się gdzieś w okolicach brwi uciążliwe, październikowo-deszczowe przeziębienie. Jak to przetrwać? Oczywiście najlepiej byłoby teraz odpuścić wszystko i na cztery dni zapakować się do łóżka z Gripexem, w komfortowych warunkach wracając do formy. Ale szkoda tracić czasu na wizje utopijne. Do pracy chodzić muszę, na miasto wychodzić muszę, o dom dbać muszę, zakupy robić muszę, etc, etc. Rozwiązanie B: olać sprawę. :) Jechać na obecnym trybie tak długo, aż któregoś ranka obudzę się z ostrym bólem gardła i gorączką, i wtedy świat (powinien) dać mi święty spokój i sam zaoferować mi moje wymarzone cztery dni pod kołdrą. Niestety nie mam pewności, czy świat również wtedy nie pogoni mnie do życia. Więc wersja C (zakładająca, że życie jest do dupy i świat się nade mną nie zlituje – czyli najbardziej prawdopodobna): zdrowy rozsądek. Stopniowe ograniczenie czynników patogennych. Uporządkowanie spraw do załatwienia i załatwianie ich w kolejności priorytetów, a nie wszystkie na raz byleby dzisiaj. Spanie minimum 8 godzin i jedzenie przynajmniej dwóch posiłków dziennie (że o przepisowych trzech czy nawet pięciu to już nie wspomnę). Wygospodarowanie sobie wolnego czasu na dolce far niente. I wreszcie – pakiet ekstra – wymyślenie czegoś fajnego, co można by było zorganizować z udziałem męża, a tak sobie, żeby mu do głowy nie przyszła myśl, że żona marudna, osowiała, smutna i przemęczona, i w ogóle do niczego.

Brzmi niemożliwie? Może. Ale to jest właśnie mój plan na jesienny plucho-depresjo-zgon. :)

rzecz o pierwszym dniu zimy

Wypadało by jakoś ufetować nową notką ten wyjątkowy dzień, jeden z bardzo niewielu podobnych w moim życiu, kiedy to mam wrażenie, że wszystko się układa tak jak powinno. Sprawy same się naprostowują, problemy się rozwiązują, żadne nowe się nie rodzą, życie sobie trwa a wiry na mojej własnej Rzece jakoś samoczynnie się uspokajają. To dziwny stan. Nietypowy. Wszystko jest takie spokojne i poukładane. Dało się zarejestrować auto, szef sam przyszedł do mnie z umową o pracę na czas nieokreślony i zaległą pensją, mechanik powiedział, że nie będzie żadnego problemu, żebym przyjeżdżała to wszystko naprawimy co trzeba… No po prostu nic tylko czekać, aż coś się znowu wywróci i zakręci. Ale póki co… Niech trwa ta błoga chwila. Niech trwa jak najdłużej.

A za oknem pierwszy w tym roku śnieg. Po lekturze “Lodu” Dukaja ten śnieg wydaje mi się nieprzypadkowy akurat dzisiaj. Zadziwiający zbieg okoliczności. Zima zamraża chaos, uspokaja ruch i wytycza jasną, dwubiegunową oś dobra i zła. Zima ma zbawienną moc dla ludzkiego rozemocjonowanego i rozedrganego umysłu.

rzecz o arogancji

Co oznacza, jeśli szlag mnie trafia, gdy ktoś mi mówi, że jestem arogancka, zarozumiała i w ogóle bezczelna gówniara? Czy oznacza to, że faktycznie mam tak podły nieprzyjemny charakter i w związku z tym nie mogę ścierpieć sprawiedliwej krytyki, czy może wręcz przeciwnie, że po prostu krytyka jest niesprawiedliwa i bezpodstawna, a mój gniew – słuszny? Żeby odpowiedzieć sobie na to pytanie, musiałabym wydać o sobie autorytarny sąd: tak, jesteś bezczelną gówniarą / nie, nie jesteś bezczelną gówniarą. A, niestety, na wydanie takiego sądu mnie nie stać. Nie czuję się upoważniona do tego, nie mam na to siły, wiem, że z natury rzeczy brakuje mi dystansu do samej siebie i obiektywizmu w ocenie. Nie potrafię, no po prostu nie potrafię stwierdzić, czy jestem zarozumiała, czy nie. Czy już samo to, że nie potrafię tego ocenić, świadczy o tym, że nie jestem?

… zakręciłam się.

A jednak boli, kiedy słyszę “bo Ty się czasami lubisz tak powymądrzać, jakbyś zjadła wszystkie rozumy. Taka potrafisz być arogancka i zarozumiała.” Nie czuję się taka. Jeśli coś stwierdzam z pewnością, to tylko dlatego, że naprawdę jestem o tym głęboko przekonana. Czy to już zarozumiałość? Czy to mój błąd, że jeśli już coś mówię, to jestem tego pewna i wtedy pozwalam sobie na stanowczość głosu? Przecież przez całe życie słyszałam zawsze “nie rzucaj słów na wiatr, nie mów, jeśli nie jesteś pewna tego, co mówisz.” No więc mówię, gdy jestem pewna. A wtedy oskarża się mnie o bezczelność. Kwestia tonu głosu? Odbioru rozmówcy? Mojej miny albo postawy ciała? :(

rzecz o sztuce uniku

Tak mi się przypomniało… co nam kiedyś tłumaczył sensei na treningach. Nie daj się ponieść emocjom, nie daj się wypełnić gniewem. Traktuj swojego przeciwnika jak przyjaciela, głaszcz go, a nie uderzaj. Przepuszczaj w przejściu, a nie taranuj go. Kiedy widzisz, że ktoś idzie prosto na Ciebie z całym impetem ataku, ustąp lekko na bok z linii jego ruchu i wyjdź mu na przeciw. A kiedy pędzący taran ludzki będzie mijał Cię o milimetry, kiedy już poczujesz siłę jego ciosu podmuchem powietrza na Twoim rękawie – wtedy delikatnie pociągnij go dalej w przód, pomagając mu zaryć twarzą w asfalt. To nie ty wyrządzasz mu wtedy krzywdę. On wyrządza ją sobie sam, swoim własnym impetem, swoją własną agresją i złością. Ty mu tylko na to pozwalasz. Ty tylko nie podtrzymujesz go w momencie upadku.

Prosty kontratak przypomina starcie dwóch byków – pędzą na siebie, taranują się i zaczyna się siłowanie i przepychanka, kto większy, kto silniejszy. Wyzwala się adrenalina, każdy każdemu robi krzywdę. W karate chodzi o co innego. Unik karate przypomina walkę byka z torreadorem. Jeden przeciwnik jest silniejszy, a drugi – mądrzejszy. Wiadomo, że gdyby torreador chciał zmierzyć się z bykiem w zapasach, nie miałby szans. A jednak zwycięża na arenie. Bo robi uniki. Bo ustępuje pola bykowi, dezorientując go i nie amortyzując jego pędu. A biedny byk, widząc, że nagle całą swoją siłą atakuje powietrze, traci całą pewność siebie. Torreadora ma za plecami, nie ma jak się nagle odwrócić i zaatakować. To jest ten moment, kiedy torreador wbija mu szpikulec w kark.

A teraz praca domowa – przełóż powyższy tekst na kontekst wszelkich konfliktów. Jak zastosować metodę “traktuj swojego wroga jak przyjaciela, głaszcz go i przepuszczaj w drzwiach” w życiu codziennym. I jeszcze temat do rozprawki – czy powyższa metoda to to samo, co chrześcijańskie “nadstaw drugi policzek”? – Poddanie się, a unik w kontekście konfliktu międzyludzkiego.

rzecz o schodach

Pokonywanie kolejnych stopni idzie mi jak zwykle. Najpierw podnoszę nogę i stawiam krok na kolejny etap, a potem dopiero zauważam to, uświadamiam sobie gdzie jestem, rozglądam się dookoła i doceniam to, co mam. Od początku dorośleję jakby z opóźnionym zapłonem. Chociaż może trafniejsze byłoby określenie – w przyspieszonym trybie. Najpierw coś robię, gdzieś przechodzę, wyprowadzam się z domu, idę na studia, zdaję na prawo jazdy, zaczynam sama na siebie zarabiać, wychodzę za mąż, kończę studia, zdobywam stałą, dobrze płatną pracę i kupuję samochód, a dopiero potem uświadamiam sobie, co się w moim życiu zmieniło i jak ja się zmieniłam przez to. Z jednej strony czasami mam wrażenie, że to wszystko to za wcześnie, patrzę na moich rówieśników, którzy jeszcze nie przejmują się niczym oprócz ocen na studiach i czuję się starsza niż powinnam być, a z drugiej – mam przez to w sobie poczucie wyższości i dumy, że tyle udaje mi się osiągać własnymi siłami i determinacją, choć życie mi sprawy zdecydowanie nie ułatwia. Czuję, że ten sposób dorastania silnie kształtuje mój charakter.

rzecz o mocy

- Czy może Cię coś zatrzymać?
- Nie. :)

rzecz o północnym chłodzie

Jak tak któryś dzień z rzędu czuwam do późna to zauważam pewną nietypową prawidłowość. Regularnie koło północy zaczynam odczuwać dziwny chłód. Marzną mi ręce i stopy, czuję zimno, niezależnie od tego, czy wieczór jest ciepły, czy zimny. Niezależnie od tego, co robię (chociaż jeszcze nie sprawdzałam tego zjawiska podczas intensywnej pracy fizycznej… o północy raczej nie pracuję). Zazwyczaj przechodzi po około godzinie.

rzecz o dobie za krótkiej

To nieprawda, że nie ma czasu. Czas jest, tylko trzeba go porozciągać, żeby go było więcej. I wtedy da się wszystko. Ot na przykład spanie. Po co tracić czas na spanie? Cenne kilka godzin można wykorzystać owocniej. Tak dużo chciałabym zmieścić w tych marnych 24 godzinach. Tak dużo chciałabym. I nie ma już nic więcej, z czego jeszcze chciałabym zrezygnować. Co najwyżej z pisania pracy magisterskiej, ale akurat to jedno – cholera – nie zależy ode mnie.

To nawet nie to, że mi czas przecieka przez palce. Nie wydaje mi się, raczej dość intensywnie żyję. Po prostu chciałoby się mieć tego czasu trochę wiecej, żeby móc zrealizować te wszystkie cele, które wciaż przekładam tylko do coraz głębszych szuflad.

rzecz o wiedźmie

No bo kto to jest wiedźma, tak właściwie? Brzydka starucha z obowiązkową brodawką na krogulczym nosie, którą straszy się dzieci, żeby szybko zasnęły? Może też, kto wie. Często się wiedźm nie widuje w naszym pięknym kraju, więc trudno badać ich statystyczną charakterystykę.

Wiedźma. Ta, która wie. Kobieta posiadająca wiedzę. Ale nie tą wiedzę książkową, przyswajaną z zewnątrz.

Są dwa rodzaje nauki. Od zewnątrz i od wewnątrz. Ten pierwszy uznawany jest za najlepszy lub nawet jedyny. Toteż ludzie uczą się poprzez dalekie podróże, oglądanie, czytanie, uniwersytety, wykłady – uczą się dzieki temu, co wydarza się poza nimi. Człowiek jest istotą głupią, która musi się uczyć. Dokleja więc do siebie wiedzę, zbiera ją jak pszczoła i ma jej coraz więcej, użytkuje ją i przetwarza. Ale to w środku, co jest “głupie” i potrzebuje nauki, nie zmienia się. (…) Wiedza, którą się tylko obrasta, niczego w człowieku nie zmienia albo zmienia go jedynie pozornie, z zewnątrz, jedno ubranie zmienia się na inne. Ten zaś, kto uczy się poprzez branie w siebie, przechodzi nieustanne przemiany, ponieważ wciela w swoją istotę to, czego się uczy. (“Prawiek i inne czasy”)

Wiedźma może posiadać wiedzę, ale przede wszystkim JEST mądra. Wiedźma to kobieta, która rozumie prawa nieustannie kotłujące się w przyrodzie i w ludziach. Która patrząc, widzi głębiej. Odbiera świat wszystkimi zmysłami równocześnie, potrafi patrzeć na wskroś przez obrus zmysłowej rzeczywistości i dostrzegać stół, na którym rozkłada się nasz namacalny świat.

Wiedźma nie musi być stara ani brzydka. W bajkach zawsze wiedźmy są stare, ale tak naprawdę wiedźma ma po prostu tyle lat, że już zdążyła wiele rzeczy pojąć. A brzydka jest tylko dlatego, żeby można nią było straszyć niegrzeczne maluchy. W istocie wiedźma równie dobrze może być młoda i piękna. Tylko, że wtedy nazywa się ją “czarownicą”, bo czaruje swoją urodą i siłą.

Czarownica jest w pierwszej kolejności świadoma swojej natury, swoich atutów i swojej funkcji, roli w świecie. Nie musi być z tego tytułu od razu walczącą feministką krzyczącą w twarz mężczyznom, że żąda równouprawnienia. Równouprawnienie to fikcja, której urzeczywistnienie pozbawiłoby zarówno mężczyzn jak i kobiety ich naturalnego piękna i wyjątkowości. Dlatego czarownica wie, po co jest na świecie i jaka jest jej rola jako kobiety. I jest dumna z tego, w czym jest lepsza od mężczyzn, ale jednocześnie zostawia mężczyznom to, w czym oni są lepsi.

Ale czarownica to nie jest po prostu świadoma kobieta realizująca zadania, które stawia przed nią jej natura. Posiadanie wiedzy o istocie rzeczy i prawach nimi rządzących daje czarownicy naturalne prawo do używania jej. Czarownica może obserwować różne procesy zachodzące w świecie, od rozkwitu pąków na drzewach przez fazy księżyca aż po starzenie się człowieka. Może też obserwować te mniej regularne i harmonijne zjawiska, chorobę toczącą ciało ludzkie, odwracający się los, jad zatruwający duszę człowieka od lat nieszczęśliwego. I może starać się na nie wpływać. To naturalne u człowieka, że cokolwiek pozna, od razu stara się to zmienić i wykorzystać dla siebie. Odkryliśmy elektryczność? – Wynaleźliśmy żarówki. Odkryliśmy fale radiowe? – Mamy krótkofalówki. Zauważyliśmy siły zamknięte w atomie? – Oto nasze elektrownie i bomby. Tak samo wiedźma kiedy zaczyna dostrzegać zjawiska i siły rządzące jej światem, zawsze będzie przynajmniej próbowała eksperymentować z nimi, badać ostrożnie stopą cienki lód, próbować się ze światem na rękę, jak daleko mi pozwolisz? To mogę zmienić? A to? A co się stanie, jeśli nacisnę ten duży czerwony przycisk z napisem “detonation”? Zupełnie jak małe dziecko, które całe swoje kilkuletnie życie spędza na badaniu granic swoich możliwości, określaniu, co może, czego nie może, na co ma wpływ, a na co nie i jakie są konsekwencje każdego czynu. Wiedźma więc bada, wysuwa jak ślimak długie czułki i kręci nimi na wszystkie strony, sprawdzając w którą stronę i jak daleko może pójść nie powodując globalnej katastrofy.

I stopniowo uczy się czarować. Wykorzystywać prawa, o których istnieniu niewszyscy wiedzą do zmieniania rzeczywistości, naginania jej reguł. Czasami się uda, czasami nie, czasem się wiedźma sparzy, a czasem poobija, ale przecież nie ma innego sposobu na przyjęcie wiedzy do siebie, na zakorzenienie jej w sobie. Czasem odnajdzie harmonię, a czasem popadnie w obłęd opętana siłami, których potęgi niedoceniała. Taka jest cena wiedzy.

Wiedźma wie i wiedźma widzi. Wiedźma czuje i słucha. Ale wiedźma też działa. Wykorzystuje wiedzę, którą wchłania od świata i buduje na niej swoją małą, lokalną potęgę. Używa daru, który sobie pracowicie wydrapała z ducha świata. Mości sobie własne legowisko w suchych, ciepłych liściach i urządza się najlepiej jak potrafi w swoim kawałku rzeczywistości. Żeby potem, pod koniec życia móc już tylko wygrzewać stare kości na piecu jak wielki, bury kot i odcinać kupony.

Ot, wiedźma.

« Starsze wpisy