Wyhamowuję stopniowo po trzech dniach pracy tak intensywnej, że musiałam wydzielać sobie ilość godzin snu niezbędną, żeby nie popełniać pomyłek i rozkładać swój dzień pomiędzy mniej więcej dwa, trzy etaty. W związku z tym sączę drugie piwo, słucham ruskiego folk metalu i próbuję się odnaleźć w rzeczywistości.
Wiosna idzie. Pamiętam z dzieciństwa książeczkę o czterech porach roku. Tam był taki obrazek, Pani Wiosna szła przez szaro-bure pozimowe łąki, a wszędzie tam, gdzie sięgała jej jasnozielona suknia, rozkwitało nowe życie. To się właśnie teraz dzieje. Młoda trawa przebija się przez twardą ziemię, ptaki nieśmiało stroją gardła do wiosennych śpiewów, powoli, powolutku, świat przygotowuje się do kolejnego wiekopomnego dzieła, jakim będzie tegoroczne dojrzewanie i plon. Bo każde dojrzewanie jest wiekopomne. Co z tego, że owoce uschną, a ziarna znikną w ciepłej ziemi. Przecież gdyby nie te ziarna, gdyby nie te owoce, to nic by nie mogło trwać. Nic by się nie odrodziło. Nic by nie powróciło po zimie. To, że teraz będzie się wszystko odradzało, to jest zasługa właśnie tych zeszłojesiennych zgniłych owoców i zeschłych liści.
Powiedzcie mi, jak można – dostrzegając to, jak funkcjonuje świat wokół nas – nie być animistą? Jak można nie otaczać czcią i szacunkiem świata, tych wszystkich niesamowicie złożonych procesów, które dzieją się wokół nas niezauważalnie, do których jesteśmy tak przyzwyczajeni, że ich w ogóle nie dostrzegamy? Jakimi strasznymi jesteśmy ignorantami, jak bardzo jesteśmy ślepi na to, co się dzieje wokół. Jak bardzo nie widzimy. Jak bardzo ubogaca nas ten moment, kiedy wreszcie zaczynamy dostrzegać.
Wiosna to dobry moment na dobre postanowienia. To mój własny Nowy Rok. Nowy Początek. Nowa era. Od teraz aż do kolejnej zimy mój świat stanie się piękniejszy, bogatszy, mądrzejszy i pełniejszy. A jak? To nie takie proste. Co jest kluczem do szczęśliwego życia? Harmonia, tak? Jak ją osiągnąć? Przez szczerość, otwartość, świadomość samego siebie i umiejętność przyjmowania i doceniania świata dokładnie takim, jakim jest. Jeśli będę umiała stanąć twarzą w twarz z samą sobą i otwarcie powiedzieć sobie, co myślę – będzie to pierwszy krok w dobrą stronę. Drugim krokiem będzie szacunek do siebie samej i (w drugiej kolejności, bo niezdrowemu masochizmowi mówimy stanowcze nie) do reszty świata. Trzecim – zrozumienie potrzeb i wyznaczenie kierunku. Czwartym – konsekwentne działanie. Czy mi się uda? A cholera wie.
Mam prawie 24 lata. Jestem dorosłą, samodzielną kobietą. Poprzednie dwa zdania wydają mi się dotyczyć kogoś zupełnie obcego. Nie mnie. Moje dorastanie mnie przegoniło. Zostałam daleko w tyle, a ja sama pobiegłam dawno temu gdzieś do przodu i nadal nie mogę się dogonić. Chociaż ostatnio tak jakbym zaczynała powoli odrabiać stratę. Miałam dzisiaj takie uczucie w pracy. Miałam jeszcze 15 minut do zajęć. Usiadłam w naszym pseudo-pokoju nauczycielskim, wciągnęłam nogi, przymknęłam oczy i nagle poczułam, że jestem panią sytuacji. Że kontroluję. Że wiem, co się dzieje, jak się dzieje i dokąd idzie. Że nic mnie nie zaskoczy. Że jestem Panią.
A po chwili znów dopadł mnie ten paskudny, paniczny strach, czy ja przypadkiem jestem zbyt pewna siebie. Czy nie jestem arogancka. Czy życie mnie nie kopnie w brzuch za to, że pomyślałam sobie przez moment, że mogę nad nim panować. Czy nie pozwalam sobie na zbyt wiele. I wszystko momentalnie wróciło do normy. Kompleksy, strach, niepewność, stąpanie po kolejnych godzinach życia jak po niepewnym, bagnistym gruncie. Kiedy się zapadnie, kiedy mnie zje?
Starać się coś z tym zrobić, czy nie?
